Psychologia i szachy

Blog Krzysztofa Jopka

18 lipca 2017
by krzysztofjopek
0 comments

Poznajemy bliżej brązowych medalistów Drużynowych Mistrzostw Świata – cz. III – Radosław Wojtaszek!

Za kilka godzin Radek Wojtaszek zagra w Dortmundzie czarnymi z Władimirem Kramnikiem, czas więc jest bardzo gorący. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że rok 2017 jest dla Wojtaszka przełomowy jeśli chodzi o ilość zaproszeń na bardzo silne turnieje. Nasz arcymistrz jest widoczny jak nigdy i życzyłbym sobie, żeby ta tendencja w jego karierze utrzymała się jak najdłużej. Grze Radka Wojtaszka przyglądam się od bardzo dawna, komentuję ją, przeżywam. Sam arcymistrz jest częstym gościem na mojej stronie – zwykle po bardzo ważnych zawodach przeprowadzam z nim obszerny wywiad, z którego czytelnicy dowiadują się o wszystkich istotnych szczegółach jego występu. Radek Wojtaszek stale trzyma się w okolicy kosmicznego (jak na polskie warunki) rankingu 2740 elo, a jedynym szachistą, który może go zdetronizować w dłuższym odstępie czasu jest Janek Duda. Radek Wojtaszek ma ogromną wiedzę szachową, w środowisku szachów światowych, wśród komentatorów, uchodzi za fantastycznego teoretyka debiutowego, prawdziwego erudytę. Sądzę, że czeka nas jeszcze wiele świetnych występów Radka Wojtaszka i mnóstwo emocji z tym związanych. Już dzisiaj czeka nas mega-ciekawe spotkanie Wojtaszka z Kramnikiem, któremu w Dortmundzie jak na razie nie specjalnie idzie. Zapraszam do kolejnego mini-wywiadu z pierwszą szachownicą polskiej reprezentacji!!

————————————————————————————————————————-

Kto był twoim pierwszym trenerem i ile miałeś lat gdy zacząłeś grać w szachy?

Pierwszym moim trenerem był zmarły niedawno Pan Marian Wodzisławski w klubie MTS Kwidzyn. Był prawdziwym pasjonatem i bardzo wiele mu zawdzięczam. Zasad natomiast nauczył mnie dziadek Jan, gdy miałem około 4 lat.
Który z podręczników szachowych przestudiowałeś jako pierwszy?

„Mój System” Nimzowitscha.

Które z książek szachowych pomogły ci najbardziej w szachowym rozwoju?

Nie ma jednej konkretnej.

Którego szachistę uważasz za „Szachistę Wszechczasów” i dlaczego?

Pewnie obiektywnie powinien być to Garry Kasparov, ale dla mnie jest to Vishy Anand – wygrał Mistrzostwo Świata w każdym możliwym formacie rozgrywkowym. Myślę, że z perspektywy czasu będzie on oceniany w jednym rzędzie z Kasparovem czy Fischerem.

Wojtaszek na DMŚ był prawdziwym liderem reprezentacji! Foto:Organizatorzy.
Który szachista najbardziej cię zainspirował?

Vishy Anand, współpraca z nim ukształtowała mnie jako szachistę.

Najbardziej zabawna scenka, anegdotka, która cię się przydarzyła w czasie twojej szachowej kariery (może być kilka)?

Podczas jednego z turnieju na sali gry były przerwy w dostawie energii przez co 3 razy gasło światło. Może nie było to zabawne, ale z pewnością nie zdarza się to codziennie:)
Najbardziej nieprzyjemne zdarzenie, które cię spotkało podczas gry (też może być kilka)?

Na szczęście nie przypominam sobie nic takiego!
Wymień partie z których jesteś najbardziej dumny.
Wojtaszek-Carlsen 1:0, Wojtaszek-Caruana 1:0, obie podczas pamiętnego Wijk aan Zee, Niedawna wygrana z Mamedyarovem w Shamkirze także jest wysoko. (Poniżej dwa pojedynki Wojtaszka: pierwsza partia to wygrana białymi z Carlsenem w „holenderce”, druga partia to niedawna wygrana nad Mamedjarowem na turnieju w Shamkir.)



Twój największy turniejowy sukces?

Zdecydowanie jeszcze przede mną.

Największa zmarnowana szansa w twojej sportowej karierze.
Skończenie na „-2” Wijk aan Zee 2015, mimo wygranych z Carlsenem i Caruaną.
Wymień najmocniejszą oraz najsłabszą stronę w twojej grze.

Myślę, że jestem uniwersalnym zawodnikiem, choć nacisk kładę na przygotowanie debiutowe, jak wszyscy na moim poziomie.


W 2017 kariera R. Wojtaszka nabrała tempa! Foto: Organizatorzy.
Jak spędzasz wolny czas?

Nie mam go za wiele, więc przeważnie akurat odpoczywam po turnieju lub przygotowuje się już do następnego.

Jaki jest twój ulubiony rodzaj muzyki, zespół.
W zależności od nastroju, praktycznie wszystko oprócz rapu.
Twoja ulubiona literatura, autorzy, których najbardziej cenisz.
Czytam głównie biografie, a moja ulubiona książka to autobiografia Andre Agassiego „Open”.
Rodzaj kuchni, którą lubisz, ulubione danie.

Kuchnia mojej Żony :) Lubię kuchnię indyjską, ogólnie uważam, że warto próbować nowych dań jak tylko jest możliwość.

Kim chciałeś zostać, zanim zostałeś zawodowym szachistą?

Od kiedy pamiętam chciałem grać w szachy i uważam się za szczęściarza, że moje hobby może być również moim zawodem.

Jakie są twoje plany, marzenia.
Jeśli chodzi o plany, to niebawem zaczynam już przygotowania do kolejnego startu czyli bardzo silnego turnieju w Dortmundzie. Potem czeka mnie liga hiszpańska i docelowo Puchar Świata. Marzenia zostawię dla siebie:)

15 lipca 2017
by krzysztofjopek
0 comments

Poznajemy bliżej brązowych medalistów Drużynowych Mistrzostw Świata – cz. II – Grzegorz Gajewski!

Za kilka chwil Radek Wojtaszek rozpoczyna turniej w Dortmundzie i liczę na jego dobry występ. Moje apetyty na sukcesy nie gasną, wręcz zostały ostatnim występem Polaków w Chanty-Mansyjsku mocno pobudzone. Grzesiek Gajewski walnie przyczynił się do sukcesu drużyny na DMŚ – od pewnego czasu przejął też pałeczkę od Radka Wojtaszka i sekunduje Anandowi w wielu ważnych turniejach. Rzeczywistość pracy z legendarnym szachistą daje potężny impuls do pracy nad sobą co z całą pewnością będzie procentowało latami. Bez zbędnych ceregieli i przydługich wstępów, zapraszam was na kolejny wywiad z brązowym medalistą DMŚ! Grześka Gajewskiego cenię za humor oraz dystans do siebie, co w wielu miejscach napotkacie w wywiadzie. Na uwagę też zasługuje zjawiskowa partia z Kuzntesovem, którą obowiązkowo musicie zobaczyć! Jest to kawałek szachów, który po prostu zachwyca. Zapraszam do lektury!!

———————————————————————————————————

Kto był twoim pierwszym trenerem i ile miałeś lat gdy zacząłeś grać w szachy?

Bogusław Boder – przyszedł do mojego przedszkola, pozadawał trochę pytań…Pamiętam, że zagiął mnie na 8×10, ale poza tym dałem sobie radę ;)
No i stwierdził, że nadaję się do szachów, także w wieku 7 lat poszedłem do klasy szachowej, gdzie zajął się mną już na poważnie. Grać nauczyłem się chyba w wieku 6 lat.

Który z podręczników szachowych przestudiowałeś jako pierwszy?

Oj nie pamiętam zupełnie…Mój trener korzystał z różnych książek, wybierając to, co uznał dla mnie za istotne, zaś ja sam skakałem po nich dość losowo. Różnie też było z dostępnością – pamiętam np., że chodziłem do biblioteki i brałem to, co akurat było na półce. Zupełnie na poważnie przestudiowałem więc Karpow-Kasparow Awerbacha, a przecież dla małego dziecka to musiała być totalna nuda, same remisy!
Które z książek szachowych pomogły ci najbardziej w szachowym rozwoju?

Wiem, że duży wpływ miały na mnie serie książek o twórczości Alechina, a później pozycje Dworeckiego, ale to znów zupełnie przypadkowo – po prostu akurat te pozycje tłumaczył Bogdan Zerek ;)

Którego szachistę uważasz za „Szachistę Wszechczasów” i dlaczego?

Wydaje mi się, że Kasparow – on nie tylko zdominował, ale i zmienił grę i podejście do niej diametralnie. Podobnie było w przypadku Fischera, ale akurat on był na szczycie zbyt krótko.

Który szachista najbardziej cię zainspirował?

Alechin/Tal
Najbardziej zabawna scenka, anegdotka, która cię się przydarzyła w czasie twojej szachowej kariery (może być kilka)?

Niemal równo 10 lat temu na turnieju Pardubicach grałem białymi z australijskim szachistą Davidem Smerdonem. Po wykonaniu szóstego posunięcia zacząłem się spokojnie przechadzać po sali gry. W pewnym momencie zobaczyłem na telebimie, że pionek mojego rywala stoi nie na a7 a na a6. Szybko wróciłem do szachownicy i zapisałem 6…a7-a6. Po krótkim namyśle postanowiłem wykonać posunięcie – nie pamiętam jakie. Gdy sięgnąłem po figurę zobaczyłem jednak autentyczny szok i przerażenie w oczach mojego przeciwnika. Cofnąłem rękę i odruchowo zerkając na swój czas i ze zdziwieniem stwierdziłem, że Smerdon nie przełączył zegara! Wtedy spojrzałem na zapis i z jeszcze większym zdziwieniem stwierdziłem, że mój przeciwnik zagrał a7-a6 także w czwartym posunięciu! Dopiero wtedy popatrzyłem na rywala, który nawet nie próbował powstrzymać śmiechu…


Grzesiek Gajewski – spojrzenie kobry tuż przed atakiem na ofiarę ;). Foto: Organizatorzy DMŚ w Chanty-Mansyjsku.

———————————————————————————————————–

Ładnych parę lat wcześniej na lidze juniorów podejmowałem czarnymi Mateusza Bartla. Rozegraliśmy popularny wówczas Atak Angielski w Wariancie Najdorfa. Myślę, że warto przytoczyć początek partii:

1.e4 c5 2.Sf3 d6 3.d4 cxd4 4.Sxd4 Sf6 5.Sc3 a6 6.Ge3 e6 7.f3 b5 8.Hd2 Sbd7 9.g4 h6 10.0-0-0 Gb7 11.h4 b4 12.Sa4 Ha5 13.b3

Jest to jedna z głównych pozycji wariantu i mogliśmy w niej podziwiać popisy samego Kasparowa i to obydwoma kolorami. Właśnie pod wpływem Kasparowa, czy może raczej sygnowanej jego nazwiskiem, nie działającej już od dawna strony Kasparovchess.com, przygotowałem ten system czarnymi. Na stronie tej było dostępnych wiele ciekawych artykułów teoretycznych autorstwa m.in. cenionego teoretyka Sergieja Szipowa. Właśnie on polecił w tej pozycji mało znaną kontynuację…13…Be7!? (patrz diagram poniżej)





Zamiast automatycznego 13…Sc5 czarne wykonują to rozwijająco-wyczekujące posunięcie, pozostawiając bogaty lecz bardzo niejasny wybór stronie przeciwnej. Pamiętam do dziś, że rozpatrywanymi przez rosyjskiego arcymistrza posunięciami były m.in. 14.Kb1 na co czarne odpowiadały 14…Sc5 lub 14.Gh3 na co utkwiła mi w pamięci standardowa, lecz zawsze ciekawa odpowiedź 14…g5!?
Zgodnie z moimi oczekiwaniami Mateusz nie spodziewał się tego ruchu i popadł w głębszy namysł, ja zaś dumny ze swojego przygotowania przechadzałem się dostojnie po sali gry, jak na prawdziwego mistrza przystało. W pewnym momencie zobaczyłem, że białe zagrały, szybko wróciłem do stolika przelotnie spojrzałem na pozycję, zapisałem 14.Gh3 i siedząc bokiem do szachownicy – jak na prawdziwego mistrza przystało – pewną ręką odegrałem 14…g5. Zanim ponownie wstałem od stolika, zerknąłem jeszcze szybko na szachownicę i ku mojemu zdziwieniu biały goniec na h3 zamienił się w wieżę! Próbowałem, jeszcze robić dobrą minę do złej gry, jednak po 15.hxg5 Sh7 16.gxh6, nawet najlepsza mowa ciała nie byłaby w stanie mi pomóc i po kilku wymuszonych posunięciach poddałem się. Bardzo cenna lekcja… :-)
Najbardziej nieprzyjemne zdarzenie, które cię spotkało podczas gry (też może być kilka)?

Nie mam chyba takiego jednego, ale odniosłem kilka bardzo bolesnych porażek Olimpiadach czy Drużynowych Mistrzostwach Europy, gdy – po rozegraniu świetnych partii – w wygranych pozycjach popełniałem głupie błędy, co chyba za każdym razem przesądzało o wyniku meczu…

Wymień partie z których jesteś najbardziej dumny.

Na pewno Kuznetsov – Gajewski za wkład w teorię szachową oraz niewątpliwe walory estetyczne. Gajewski – Vachier-Lagrave, bo to moje jedyne zwycięstwo z tak silnym przeciwnikiem zwłaszcza, że musiałem się wtedy niesamowicie napracować, graliśmy chyba z 7 godzin i cała partia stała na naprawdę niezłym poziomie. (Poniżej zjawiskowa partia partia Grześka Gajewskiego z Kuznetsovem rozegrana w Pardubicach) 


Twój największy turniejowy sukces.
Najbardziej efektownie brzmi wygrana w Capelle la Grande ale biorąc pod uwagę skalę trudności czy też poziom gry – zdecydowanie Memoriał Najdorfa 2016.
Największa zmarnowana szansa w twojej sportowej karierze.
Myślę, że to jeszcze przede mną :-)
Wymień najmocniejszą oraz najsłabszą stronę w twojej grze.

Wiem co zrobić z inicjatywą, ale za to jestem słabiutki w obronie.
Jak spędzasz wolny czas?

Co to jest?
Jaki jest twój ulubiony rodzaj muzyki, zespół?
Nie ma ulubionego rodzaju, a zespół to Tool/Radiohead
Twoja ulubiona literatura, autorzy, których najbardziej cenisz.
Houellebecqa lubię, ale ogólnie to czytam dużo za mało.
Rodzaj kuchni, którą lubisz, ulubione danie.

Włoska, Hinduska i ogólnie kuchnia Azjatycka a ulubione dania ciągle się zmieniają.
Kim chciałeś zostać, zanim zostałeś zawodowym szachistą?

Pewnie strażakiem.
Jakie są twoje plany, marzenia.

Moim planem jest cały czas pracować i się rozwijać zaś marzenia zostawię dla siebie.


6 lipca 2017
by krzysztofjopek
0 comments

Poznajemy bliżej brązowych medalistów Drużynowych Mistrzostw Świata – cz. I – Mateusz Bartel!

Od dzisiaj, na mojej stronie rozpoczynam cykl mini-wywiadów z brązowymi medalistami DMŚ, które odbyły się niedawno w Chanty-Mansyjsku. Zdarza się nader często, że zespół, któremu kibicujemy nas zawodzi, wtedy nie szczędzimy słów krytyki, jednak gdy drużyna odnosi sukces, zdawkowo kwitujemy sprawę krótkimi gratulacjami, jakby medalowy występ był czymś oczywistym, jak najbardziej oczekiwanym. Na drugi dzień o sukcesie już mało kto pamięta i wracamy do szarej codzienności. Według mnie nie powinno tak być. Na sukces polskich szachistów, czekałem jak nikt inny. Ileż czasu i nerwów straciłem komentując, kibicując naszej szachowej męskiej reprezentacji! Przeżyłem wiele chwil ciężkich, ale teraz wreszcie mam możliwość podelektować się wspaniałym sukcesem Polaków. Chcę, aby na jakiś czas, właśnie szybko uciekający czas, zatrzymał się, stąd pomysł na ten mini cykl, który powinien czytelnikowi przynieść dużo pozytywnych wrażeń, radości. W kolejności publikacji nie kieruję się żadnym kluczem – raczej zamieszczam sylwetki naszych szachistów bez jakiegoś kontekstu – decyduje moment napłynięcia ankiety na moją pocztę. Mateusz Bartel jako pierwszy wpada więc pod krzyżowy ogień pytań. Jeśli ktoś ma wątpliwości dotyczące tego jak bardzo nasz szachista jest utytułowany, wystarczy aby przeczytał na Wikipedii jego życiorys sportowy. Od czasów juniora, aż do teraz, Mateusz Bartel zdobywa medal za medalem, a teraz dorzuca do kolekcji, wraz całym polskim zespołem kolejny, bardzo cenny brązowy krążek! No, ale dość już tego przydługiego wstępu – zapraszam wszystkich do lektury!

————————————————————————————————————————-

Kto był twoim pierwszym trenerem i ile miałeś lat gdy zacząłeś grać w szachy?
         Początki to zasługa mojego Taty, Marka, który nauczył mojego brata i mnie gry w szachy w okolicach 1991 roku. Michał miał wtedy 5 lat, a ja sześć i chorowaliśmy na ospę.  Na pierwszych etapach gry, Tata sporo nas nauczył, bo miał fajne podejście metodyczne. Ciekawostką jest to, że to właśnie Tata nauczył mnie matowania gońcem i skoczkiem. Mimo wszystko jednak mój rozwój szachowy na etapie od bez kategorii do „dwójki” to zasługa tego, że trafiliśmy z bratem do szkółki szachowej warszawskiej „Polonii”, prawdziwej kuźni talentów, gdzie zajęcia z dziećmi prowadzili wybitni fachowcy: Tomasz Lissowski, Adam Umiastowski i nieżyjący już, niestety, Wojciech Ehrenfeucht. W późniejszym czasie trenerów miałem bardzo wielu i na współpracy z każdym skorzystałem.

Który z podręczników szachowych przestudiowałeś jako pierwszy?

         Nie jestem pewien, czy w młodości jakąkolwiek książkę przeczytałem od „A” do „Z”. Rozpoczynałem wiele, ale ze skończeniem było gorzej. Kilka razy zrobiłem książkę z kombinacjami pt. „Riecept od gluposti”, co nie zmienia faktu, że z tych „gluposti” wcale się nie wyleczyłem.

Które z książek szachowych pomogły ci najbardziej w szachowym rozwoju?

         Myślę, że najwięcej wyniosłem na współpracy z trenerami, a książki nie miały na mój rozwój aż takiego wpływu. Patrząc jednak na styl, to „300 partii Alechina” odbiło swoje piętno.

Którego szachistę uważasz za „Szachistę Wszechczasów” i dlaczego?

         Prawdę mówiąc, to strasznie nie lubię tego pytania, bo jest ono abstrakcyjne. Każdy mistrz świata zapisał się wielkimi zgłoskami w historii szachów, a jaki jest cel mierzenia tego, kto był największy? Poza tym ciekawsze jest wspominanie niespełnionych, bo o największych mistrzach powiedziano wiele. Tutaj jedno z czołowych miejsc ma u mnie Bent Larsen, wyjątkowo ciekawy i kreatywny zawodnik.

Który szachista najbardziej cię zainspirował?

         Myślę, że skupiłbym się tutaj na krajowym podwórku. Na różnych etapach kariery sporo korzystałem na pomocy starszych (i młodszych) kolegów. Jacek Gdański, Bartek Macieja, Bartosz Soćko czy Radek Wojtaszek – wszyscy Ci zawodnicy w mniejszym lub większym stopniu mi pomagali. A czy była to inspiracja? W pewnym stopniu, na pewno.

Najbardziej zabawna scenka, anegdotka, która Ci się przydarzyła w czasie twojej szachowej kariery (może być kilka)?

         Do tego typu rzeczy jakoś nie mam pamięci. Mam w głowie kilka historii, ale raczej nie dotyczą one mnie, więc nie wiem czy na pewno chcę je rozpowszechniać. Natomiast jeśli chodzi historie na mój temat…no cóż, na myśl przychodzi mi tylko sytuacja z jednego Memoriału Gawlikowskiego, kiedy to Wasyl Iwańczuk podszedł do mnie i zapytał „Sud’ja, kagda bud’iet zakrytie?” („Sędzio, kiedy będzie zakończenie?”). Mogę dodać, że już od dobrych kilku lat byłem wówczas arcymistrzem, a z Wasylem nie raz się witałem na różnych turniejach. Z tego typu historii niezła jest także ta z mistrzostw Europy w Aix-les-Bains w 2011 roku, kiedy to Ivan Sokolov wziął Jolę Zawadzką za kelnerkę i poprosił ją o podanie kawy. Jakież było jego zdziwienie, gdy kilka dni później z tą samą „kelnerką” zremisował partię!

Najbardziej nieprzyjemne zdarzenie, które cię spotkało podczas gry (też może być kilka)?

         Zdecydowanie najbardziej nieprzyjemne było obserwowanie w akcji gruzińskiego zawodnika Gaioza Nigalidze, którego zdyskwalifikowano za oszukiwanie za pomocą programów szachowych. Wraz z Bartoszem Soćko, wzięliśmy go na oko podczas mistrzostw Europy w Erywaniu, bo zachowywał się wyjątkowo podejrzanie. Z Bartoszem partię wygrał, chodząc wielokrotnie do toalety, a wracając z niej robiąc szybkie serie silnych ruchów, a następnie myląc się, gdy coś grał samodzielnie. W tamtych ME pokonał taże kilku silnych arcymistrzów, inne partie przegrywając (ale zachowując się wówczas normalnie). Co ciekawe, poinformowaliśmy o tym sędziów, prosząc aby przyjrzeli się temu zawodnikowi. Zaawansowani wiekowo arbitrzy nas wysłuchali, ale sprawę, mówiąc brzydko, olali, co jest chyba najbardziej przykre w całej opowieści (i tylko potwierdza moje odczucie, że większość sędziów szachowych uważa, że sprawowanie ich roli to przygotowanie blankietów i nastawienie zegarów). Później, w kilku turniejach,  Nigalidze zachowywał się bardzo podobnie (niektóre nawet wygrywając!) i trzeba było dopiero zdecydowanego arbitra na turnieju w Dubaju, który do spółki z organizatorem śledził poczynania Gruzina, znajdując ukryty telefon w toalecie. Mimo, że z Gruzinem nie grałem (poza grą w piłkę), to cała ta historia do dziś jest dla mnie przykra. Jeszcze bardziej nieprzyjemna musi być dla Bartosza, bo przegranie z oszustem pozostawia ślad w psychice.

Wymień partie, z których jesteś najbardziej dumny.

         Jeśli chodzi o jakość gry i poziom partii, to najbardziej ceniłem zawsze partię Bartel – Soćko, Warszawa 2011 oraz Wojtaszek – Bartel, Warszawa 2012. Z tym, że swoje partie generalnie pamiętam dość słabo i musiałbym przejrzeć je wszystkie jeszcze raz, bo być może jakaś fajna partia mi umknęła.

Twój największy turniejowy sukces.

         Cóż, tutaj nikogo nie zaskoczę, mówiąc, że było to wygranie Aerofłotu w 2012 roku. Ta odpowiedź, zresztą, ma wielkie szanse, aby nigdy się nie zmienić… Mimo to, muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o poziom gry, bardziej cenię sobie wygranie MP w 2011 roku, gdzie nie przegrałem żadnej partii, a moja gra sprawiła mi dużo satysfakcji. Do tego doszedłby także turniej w Biel w 2013 roku, gdybym go wygrał – a niestety, wypuściłem tam ogrom punktów. Szkoda, bo poziom gry w większości partii był bardzo fajny. (Poniżej partia grana na ME, która dała Mateuszowi brązowy medal. Jerozolima, Izrael 2015 r. red.)

Największa zmarnowana szansa w twojej sportowej karierze.
         O, tych byłoby sporo! Bardzo żałuję mistrzostw Polski do lat 10 w 1994 roku, kiedy to zacząłem – bodajże – 5,5 z 6, pokonując Kamila Mitonia, a potem niestety nie zmieściłem się nawet na podium, po drodze nie dając – chyba w 9 lub 10 rundzie – mata w 2 Przemysławowi Zielińskiemu. Nieco później, bo w 1998 roku przegrałem bardzo ważną partię ze Staszkiem Zawadzkim podczas MP 14. Po debiucie miałem figurę więcej i łatwą wygraną, a partię przegrałem i straciłem jakiekolwiek szanse na medalową lokatę. Na MŚ ani ME w tamtym roku nie pojechałem, a był to okres, kiedy skoczyłem z 2150 na 2350 i mogłem powalczyć o dobre miejsca w silnej stawce – a do 14 lat grali niemalże wszyscy najlepsi.
         Później, w seniorskiej karierze ogromnie żałuję wypuszczenia łatwej wygranej w ostatniej rundzie ME w 2007 roku w Dreźnie. Wówczas moim rywalem był Liviu-Dieter Nisipeanu. Po debiucie miałem lepszą pozycję, później sporo popsułem i partia powinna się zakończyć powtórzeniem ruchów. Niemiec (a wówczas Rumun), spróbował jednak grać na wygraną i dostałem taką pozycję, że naprawdę trzeba się było postarać, aby partii nie wygrać. Miałem nie tylko łatwo dochodzące pionki, ale także 15 minut, a rywal 30 sekund. Partia zakończyła się remisem. W przypadku wygranej podzieliłbym w ME miejsca, bodajże, 1-8 i brałbym udział w dogrywce w szachy szybkie, bo taki był wówczas system rozgrywek.
         Kolejnym turniejem, którego bardzo żałuję, był Aerofłot 2016, a konkretniej partia z Borysem Gelfandem. W „moim” Sb3 w Najdorfie dostałem świetną pozycję, na dobrą sprawę wygraną. Gdybym dowiózł przewagę i partię wygrał, w ostatniej rundzie miałbym niezłe szanse na pierwsze miejsce nawet przy remisie. Niestety, Gelfanda nie ograłem, ba!, doświadczony arcymistrz przechwycił inicjatywę i długo się broniłem. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo żałuję tej szansy, bo wygranie Aerofłotu dwa razy w karierze, dla zawodnika mojego poziomu, byłoby czymś wyjątkowym.

Wymień najmocniejszą oraz najsłabszą stronę w twojej grze.

         Po ostatnich turniejach tych pierwszych kompletnie nie pamiętam, a o drugich nie będę wspominał. Zarówno o jedno, jak i drugie najlepiej zapytać innych.

Jak spędzasz wolny czas?

         Ostatnio w ogóle go nie mam! Jestem domatorem, lubię spędzać czas u siebie w domu z żoną Martą, a ostatnio także z synkiem, Kazimierzem. Do tego bardzo lubię grać w piłkę nożną, zresztą w każdej postaci – czy to na boisku, czy to przed komputerem (choć dużo bardziej, jednak, na boisku!).

Dzień wolny na DMŚ w Chnaty-Mansyjsku – Mateusz Bartel w akcji! Foto: Organizatorzy.

Jaki jest twój ulubiony rodzaj muzyki, zespół.
         To kolejne pytanie, za którym nie przepadam, bo zbyt wiele zespołów trzeba by wykreślić. Nie chcę się określać, bo w muzyce lubię  to, że czasami spodoba mi się coś z gatunku, po którym nie spodziewałbym się, że miły dla ucha. Nigdy bym nie powiedział, że będę słuchał rosyjskiej muzyki, a jakiś czas temu bardzo spodobała mi się grupa Kino, która z uwagi na śmierć wokalisty nie istnieje już od ponad 25 lat. Poza tym, słucham głównie różnych odmian rocka, lubię muzykę lat 80., o czasach młodości przypominają mi lata 90, przez jakiś czas słuchałem jazzu czy trip hopu. Wszystkiego po trochu, jak wspominałem lubię odkrywać i sprawia mi frajdę jak znajduję zapomniany zespół, o którym nie miałem pojęcia – np. „Mother Love Bone”. Szukanie muzyki to świetna przygoda, zwłaszcza w dobie Internetu. Swoją drogą – mogę to dodać do odpowiedzi na poprzednie pytanie – lubię słuchać i…. śpiewać, bo czasami (niestety) zamiast trenować włączam sobie karaoke…
         Jak byłem młodszy, to moją dewizą było „Słucham wszystkiego poza disco polo i heavy metalem”. To pierwsze nie zmieniło się – nie rozumiem rodaków, którzy zachwycają się tego typu „muzyką” – to drugie nie jest aktualne, bo heavy metal coś w sobie ma i choć nie wszystko jest dla mnie do przełknięcia, to wiele utworów uważam za majstersztyki.
         Jeszcze innym tematem jest to, czego słucham przed rundą. Tutaj miewałem różne etapy, najczęściej były to energetyczne piosenki, bojowo nastawiające. Kiedyś mój brat Michał puszczał mi przed partią „Lose Yourself” Eminema i choć nie jest to moja bajka, to przed partią znakomicie się sprawdzało. Miałem też epizod, kiedy przed partią słuchałem… „Jestem kobietą” Edyty Górniak. Efekt był zgoła nieoczekiwany – na KPE na Rodos zacząłem od porażki z 2300, potem wygrałem trzy partie, kolejno z 2300 oraz dwoma arcymistrzami 2630 i 2690, a potem znowu przegrać z 2300, w miniaturze z Anishem Giri i na koniec zremisować z 2300. Cóż, grałem jak…kobieta, nieprzewidywalnie!

M. Bartel (pierwszy z prawej) z brązowym medalem Drużynowych Mistrzostw Świata. Foto: Organizatorzy.
Twoja ulubiona literatura, autorzy, których najbardziej cenisz.
Czytam sporo, choć ostatnio głównie kryminały. Połknąłem całego Nesbo, Krajewskiego, Bondę, Miłoszewskiego, a teraz czytam Wrońskiego. Nie jest to bardzo ambitna literatura, ale też chyba nie najniższa. Z trochę bardziej ambitnych autorów przeczytałem sporo książek Mario Vargasa Llosy. Może właśnie nadchodzi pora wziąć się za bardziej ambitne książki, choć bardziej nastawiam się na coś w stylu „Poczytaj mi, Tato”.
Rodzaj kuchni, którą lubisz, ulubione danie.

Jak każdy Polak, cenię kuchnię domową i mam teraz dylemat, czy napisać, że ulubiona jest kuchnia Żony, Teściowej, Mamy czy którejś z Babć. Powiem, że wszystkie są super! Natomiast nie mogę powiedzieć, że jestem jakimś smakoszem z ulubioną kuchnią. Staram się natomiast próbować tradycyjnych potraw specyficznych dla konkretnych krajów.

Kim chciałeś zostać, zanim zostałeś zawodowym szachistą?

Nie pamiętam, w wieku 6-7 lat nie miałem jakichś konkretnych planów, a potem mocno czaiłem się na to, co teraz robię.

Jakie są twoje plany, marzenia.

Obecnie koncentruję się na szczęściu rodzinnym i mam nadzieję, że syn będzie rósł szybko i zdrowo. Jeśli chodzi o karierę szachową, to mam nadzieję się odbudować i w końcu zagrać turniej, który da mi satysfakcję i  będzie stał na wysokim poziomie w moim wykonaniu. Jestem mentalnie zmęczony graniem byle jakich partii i osiąganiem byle jakich wyników.


28 czerwca 2017
by krzysztofjopek
0 comments

Polska z brązowym medalem Drużynowych Mistrzostw Świata!!

Jakoś to do mnie jeszcze nie dociera. Nie ułożyła mi się jeszcze w głowie ta fantastyczna informacja, ten news-gigant: Polacy brązowymi medalistami Drużynowych Mistrzostw Świata! Pewnie dlatego, że ten sukces nie był z mojej strony wyglądany. Oczywiście, w dalszej perspektywie myślałem o tym, że męska drużyna osiągnie swoje apogeum formy i, że przy pewnej dozie szczęścia (niech nikt mi nie mówi, że można się w sporcie bez niego obejść) będzie na podium ważnych zawodów drużynowych. Ale nie teraz. Tymczasem nasi szachiści jakby chcieli udowodnić wszystkim niedowiarkom, malkontentom, sceptykom, że grubo się pomylili, że opieranie się na liczbach, statystykach, wynikach poprzedzających ma się do kolejnego występu nijak…

W ostatnim dniu zawodów jechałem samochodem, skwar był piekielny, szyby miałem pootwierane z racji niesprawnej klimatyzacji. Nagle w radiu „Zet Gold”, kilka minut po 17-tej, w wiadomościach sportowych, słyszę głos spikera”: „Szach i mat. Polacy w Chanty-Mansyjsku zdobyli… był to największy sukces powojennych męskich szachów…” itd. Zacząłem się śmiać i cieszyć na cały głos, bo dotarło do mnie wreszcie jak długo czekałem na sukces Polaków, ile mentalnych zwrotów akcji przeżyłem, radości, a przede wszystkim zwątpień, których ostatnio było aż nadto. No tak, ale ta moja niekontrolowana radość miała miejsce na światłach, na „czerwonym”. Spojrzałem w lewo – jakiś starszy pan szybko odwrócił głowę. Mniej pewnie zerknąłem w prawo – chyba, zdaje się małżeństwo, już bardziej przychylnie, pobłażającym wzrokiem penetrowało wnętrze mojego pojazdu, ale też dość szybko spojrzeli w stronę kierunku jazdy. A gdybym tak wkrzyknął im, w tą ich malutką przestrzeń ograniczoną karoserią pojazdu, właśnie tę oto informację: „Polacy brązowymi medalistami DME!!” No, to nie wiem jak zostałbym sklasyfikowany. Mniejsza zresztą z tym.

Zawsze zastanawiałem się jak należy oceniać drużynę: czy spoglądać najsampierw na wyniki indywidualne, a potem przechodzić do uogólnień. Czy może porzucić oceny indywidualne i patrzeć na całość? Szachy to jednak sport indywidualny, dlatego sądzę, że należy patrzeć na wyniki indywidualne, choć akurat tutaj ma się wielką ochotę ocenić na samym początku całą drużynę. W zespole widać było determinację, zacięcie, nad podziw szybkie podnoszenie się po przegranych i skuteczność w grze z niżej notowanymi rywalami. Różnica była kolosalna jeśli chodzi o grę z teoretycznie słabszymi. Poprzednie turnieje to była droga przez mękę – byle zespół potrafił nam napsuć krwi, zabrać punkty, tymczasem w Chanty-Mansyjsku tylko rewelacja turnieju, Turcja (podkomendni Michała Krasenkowa) okazała się od nas silniejsza. No, ale piszę teraz o grze z nieco, powtarzam, nieco słabszymi zespołami, które z racji posiadania rankingu średniego, niższego o 70 elo w żadnym wypadku nie byli skazani z nami na pożarcie i musieli zostać przez nas ograni, przebici. Warto zobaczyć jak nam się grało z równorzędnymi rywalami takimi jak: Indie, Ukraina, U.S.A. Okazuje się, że tutaj polski zespół wykazał się stuprocentową skutecznością. Cenna wygrana z Indiami na początek, z U.S.A w rundzie następnej, a z naszymi odwiecznymi rywalami Ukrainą, wygraliśmy zaraz po porażce z Turkami! Potwierdza to moją tezę, albo jest to część tezy, mówiąca o tym, jak Polacy byli zdterminowani do wygrywania, szybkiego podnoszenia się po porażkach. To jest właśnie charakter zespołu i tego kiedyś mi u Polaków bardzo brakowało.

Polacy z brązowym medalem DMŚ. Chanty-Mansyjsk 2017r. Foto: Organizatorzy.
Do potęg mamy jeszcze trochę, tak deko ciut do nadrobienia. Chińczycy są galaktyczni, bardzo ciężko się z nimi bić komukolwiek, nie tylko nam. Wszystko tam solidne, elita światowa, dream team pełną gębą. Może, gdyby nasi znaleźli się w jakiejś bajecznej formie wszyscy razem i ich za tymi deskami zaczarowali, może wtedy. Tymczasem Chiny zgarniają złoto z złotem i końca ich dominacji nie widać. Swoją drogą z Chinami zagraliśmy naprawdę bardzo racjonalnie, na remis, solidnie, bez tych naszych słowiańskich romantycznych cech, gdzie to konnica z czołgami chce się mierzyć. Bardzo mi się ten mecz podobał, muszę przyznać. Zdecydowanie bardziej przedkładam ten przegrany mecz nad inne wygrane. Chodzi o pomysł, podejście do silniejszego rywala. Jakbym nie widział kto gra, nazwisk, nie śledził transmisji, to nie zakładałbym, że to grają Polacy. Z Rosjanami było inaczej, trochę nas poniosło. W tym meczu już nasze cechy widać było w pełnej krasie.

Foto: Organizatorzy.
Ten medal od pewnego czasu był moją obsesją. Bardzo z tym zespołem się w związku z tym związałem, napisałem też wiele słów cierpkich, brakowało mi od jakiegoś czasu optymizmu, co nie trudno było zauważyć. To od tego czekania! A tymczasem już mamy ten medal, a ja nie mogę się posiąść z radości, bo wiem jak mi to ułatwi pisanie. Teraz zawsze mogę się odwoływać do tego sukcesu, teraz jest już lżej.

Zespół w dalszym ciągu się rozwija – mamy dwie szachownice o klasie światowej, dwie pozostałe (Gajewski, Piorun, Bartel) muszą wykonać kolosalną pracę, spróbować jeszcze raz wspiąć się na szczyt. Myślę, że od szachownic 3 i 4 najwięcej będzie teraz zależało.

Zanim przyłożycie, Drodzy Czytelnicy, ręce do klawiatur swoich komputerów, aby wymienić, kto zawalił z naszych, kto zagrał najgorzej, że do Chanty-Mansyjska ileś drużyn nie przyjechało w składach optymalnych i w ogóle kogo tam brakowało, zanim zaczniecie szukać tej przysłowiowej dziury w całym, zastanówcie się. Bo było wiele miesięcy, gdy nasi nie dostarczali nam radości, wtedy to przepychaliśmy się w kolejce do wszelkich krytyk, a teraz wielu próbuje zbywać ten sukces jakimś, zdawkowym: „No wygrali, fajnie”. I tyle. A to moim zdaniem nie jest sprawiedliwe. Sądzę, że naszej drużynie należą się ogromne brawa, gratulacje bo ten sukces drużynowy już jest wpisany w annały szachów światowych! W zeszłym roku panie (w tym roku się nie udało, ale głowa do góry Sreberka!) teraz panowie, czy nie uważacie, że mamy dwie naprawdę fantastyczne drużyny? Ja tak uważam. Był czas krytyk, był czas niedowiarstwa z mojej strony, ale teraz z dużymi nadziejami spoglądam w przyszłość i wy zróbcie to samo! Chłopakom jeszcze raz gratuluję! Wielkie, wielkie brawa dla Biało – Czerwonych – Brązowych medalistów Drużynowych Mistrzostw Świata!!!

26 czerwca 2017
by krzysztofjopek
0 comments

Kibicujemy Polakom w walce o medal Drużynowych Mistrzostw Świata!!

Och jak dobrze, że runda rusza wcześniej, że mogę spokojnie kibicować Polakom w walce o medal Drużynowych Mistrzostw Świata! Transmisja za kilkadziesiąt minut rusza, dlatego nie zamierzam jakoś specjalnie zawracać wam głowę, rozpisywać się, nie czas na to!

Przedwczoraj Norwegię, wczoraj Białoruś zwyciężyliśmy i walczymy o medal z wielkimi Chinami! Mamy w stosunku do Chińczyków pewne rachunki do wyrównania – pamiętamy ostatnią rundę Olimpiady Szachowej w norweskim Tromso, gdzie reprezentacja Chin pokazała nam miejsce w szyku. Nie udało nam się z czterech partii wygrać żadnej. Z tamtego składu z Tromso, dziś kilku Chińczyków gra, a i my też nie występujemy jakoś mocno przebudowani. Mam nadzieję, że nasz zespół, który, nie ulega żadnej wątpliwości ciągle progresuje, przeciwstawi się skutecznie wyżej notowanym przeciwnikom.

Polacy nie traćcie głowy za szachownicą, dajcie z siebie wszystko i wygrajcie wreszcie ten medal! Trzymam mocno kciuki za naszych chłopaków!!

Moja strona będzie otwarta do komentowania, będę publikował na bieżąco. Jeśli ktoś ma ochotę dzielić się na żywo wrażeniami to serdecznie zapraszam. Oby ten dzień, który zaczyna się ogromnymi nadziejami, zakończył się dla nas radośnie! Polska do boju!!!

22 czerwca 2017
by krzysztofjopek
0 comments

Polacy wygrywają z odwiecznym rywalem – Ukrainą 3-1, a po dniu wolnym zagramy z liderującymi Rosjanami!!

Szachy to w znaczniej mierze walka psychologiczna, walka na przełamanie, bitwa o utrzymanie korzystnych statystyk w meczach z „wygodnym” przeciwnikiem. Rywala tłamszonego, mającego niekorzystny bilans gier z zawodnikiem „x”, czeka zadanie o zwiększonej skali trudności. On gra w szachy, walczy na „desce”, ale i na płaszczyźnie psychologicznej – z czyjąś dominacją. Polacy, pokonując, po bardzo emocjonującym meczu Ukrainę 3-1, rywala, który od bardzo długiego czasu jest dla nas nocną zmorą, przełamali się podwójnie i za to należą im się wielkie brawa. Taki mecz może mieć bardzo duży, pozytywny wpływ na grę naszej drużyny w kolejnych rundach DMŚ.
Bo, trzeba powiedzieć, że zadanie nie zostało jeszcze wykonane, wciąż jest w fazie realizacji. Trzeba nadmienić, że najtrudniejsza jego część jest dopiero przez polskim zespołem. W grze Biało-Czerwonych widać walkę, oddanie, nieustępliwość, ogląda się to z naprawdę dużą satysfakcją. Zdaje się, że powoli można rozmawiać o nowej jakości w grze naszej kadry. W turniejach z ostatnich lat bywały wszak mecze, które przelewały się Polakom przez palce, były spotkania oddawane praktycznie bez walki, byle jaki pagórek wydawał się niedostępnym szczytem Karakorum.
Teraz na transmisji oglądam naszych – siedzą naprawdę mocno w fotelach, wstają relatywnie rzadko, są osadzeni w sobie, skoncentrowani – nie oddają łatwo skóry…

Nasz sport, wydaje się być karmicznie znacznie bardziej obciążony w porównaniu z innymi dyscyplinami. Rzeczywistość szachisty profesjonała to: wielogodzinny, codzienny, na najwyższym poziomie 8 h i więcej – trening specjalistyczny, trening fizyczny równie dobrze przemyślany, stosowany regularnie. Gdzie coś takiego można jeszcze spotkać? Który sport wymaga aż tak dużego samozaparcia? Która jeszcze dyscyplina niczym jakaś mroczna femme fatale zażąda od ciebie twojego ciała i duszy? Szachy, szachy, szachy. Szachy śniadaniowe, szachy w południe, szachy pory obiadowej, szachy wieczorową porą, wreszcie szachy nocne. Szachy w dni powszednie, szachy od święta i tak w kółko. O czym myśli szachista, gdy się przebudzi? O szachach. A wokół czego krążą jego myśli, gdy sen już go dopada? Szachy. Ten sen. On też przychodzi łatwiej, gdy się wygrywa. A gdy przegra się ważną partię? Sporo się nasłuchałem o bezsennych nocach szachistów, którym nie poszła po myśli ważna partia, o odwracaniu się z boku na bok, niekontrolowanej galopadzie myśli itd. No to pomyślmy przez chwilę, jak spało się Polakom w dniu wolnym, a jak Ukraińcom. Wiadomo o co chodzi. 

Polacy, wygrywając ważny mecz z Ukrainą, wygrali też nieco cennego spokoju przed piekielnie trudnymi meczami z liderującą Rosją oraz Chinami. Ten dzień wolny, który drużyny dostały w Chanty-Mansyjsku jest na pewno dużo spokojniejszy, bardziej optymistyczny.

Polki zremisowały kolejny mecz z silną ekipą Ukrainy, a jeszcze przez Sreberkami Rosjanki, a jeszcze Chinki!! Czyli… wszystko przed Polkami!! Po dniu wolnym Biało-Czerwone zagrają ze słabym Egiptem. Ten mecz nie budzi moich obaw. Prawdziwe wojny czekają nasze panie w meczach z Rosją i Chinami! Jeśli chcemy myśleć o medalu, musimy wygrywać – nie ma innego wyjścia.

Inaczej ogląda się mistrzostwa, w których polskie zespoły liczą się w grze o najwyższe stawki. Do transmisji siada się z nadzieją, ale bez większych obaw. Bardzo jestem ciekaw postawy Polaków w dwóch kluczowych meczach, z potęgami: Rosją i Chinami. To będą bitwy decydujące, to te rundy będą miały kluczowe znaczenie przy końcowej ocenie startu Polek i Polaków. Na razie jest bardzo dobrze i na taki – bardzo dobry – ciąg dalszy liczę.


20 czerwca 2017
by krzysztofjopek
0 comments

Polacy na przekór prognozom po trzech rundach DMŚ w Chanty-Mansyjsku samodzielnymi liderami i to bez strat punktowych!!

Piszecie do mnie, żebym już tak nie malkontencił, żebym wsiadł na rower, przejechał się trochę, przewietrzył się po prostu. Otóż, widząc tak grających Polaków – zespołowo, ciekawie, bojowo, a przede wszystkim skutecznie, nie zamierzam kierować w ich stronę choćby jednego słowa krytyki, muszę też nadmienić, że zły mój nastrój zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przed turniejem w Chanty-Mansyjsku, chyba wszyscy jesteśmy co do tego zgodni, nie można było, widząc tak koszmarnie grających Polaków tryskać optymizmem. Tego, kochani, nie dało się przełknąć zarówno z pozycji kibica, jak i pozycji dziennikarza. Jednak będąc tym razem osobą przezorną, pozostawiłem sobie małą furtkę, gdy napisałem (oczywiście innymi słowy), że w sporcie ciąg przyczynowo-skutkowy nie do końca działa, turniej turniejowi nierówny i właściwie szczęśliwy jest ten, który wie, w którym momencie przyjdzie ta optymalna forma. Polacy złapali wiatr w żagle i są nie do poznania, to fakt.
Część z was pisze, że drużyny, z którymi grali dotychczas Polacy na DMŚ nie były tymi z najwyższej półki i, że wszystko przed nami. I to prawda. Jednak, jeśli ktoś sobie przypomni jak nasz zespół męczył się na poprzednich drużynówkach z teamami dużo słabszymi od tych, z którymi w Chanty-Mansyjsku już zagrali, musi uczciwie skonstatować, że mamy jednak do czynienia ze zmianą jakościową, na lepsze. Od Polaków nie oczekuję wygrywania z automatu wszystkiego, na sporcie zjadłem zęby, wiem co to znaczy predyspozycja dnia, łut szczęścia (tak, tak!) i kilka innych zmiennych, od których zależy sukces lub jego brak. To czego oczekuję od naszych chłopaków, to waleczności, bojowości, a potem… co Bóg da! Wcześniej byle zespół potrafił zbić naszych z pantałyku. Nasi potrafili międlić mecze z absolutnie egzotycznymi rywalami, teraz w meczach walki, podkreślam WALKI, dochodzimy skutecznie swoich racji. Dlaczego tak jest, że wszelkie przedturniejowe dane wskazują na zupełnie inny, przewidywany obraz gry, a otrzymujemy jak na ten moment całkiem niezły produkt? Nie sądzę, żeby na to pytanie w ogóle była odpowiedź. Racjonalnie jest to bardzo trudno uzasadnić.

Cieszmy się, ale nie popadajmy w hurra-optymizm, wszak przed Polakami jeszcze wszystko to, co najtrudniejsze. Na razie chłopaki spisują się na medal i aż chce się, proszę Pana iść do kina, bo i akcja jest i na co popatrzeć też jest ;). Dziś mecz z Turcją. To będzie bardzo ciężkie spotkanie, tak sądzę. Michał Krasenkow ma charakterystyki naszych reprezentantów na stole, wie o nas wszystko, począwszy od diety, skończywszy na tym, kto na jakim boku śpi. Repertuary debiutowe naszych od lat monitoruje, ma je prześwietlone na wylot. Z tych to przyczyn ten mecz zapowiada się dla Biało-Czarwonych jako szczególnie ciężki. A potem Ukraina, a potem Rosja… Te trzy dni będą de facto prawdziwym bojowym testem dla naszych reprezentantów, mam nadzieję zakończonym sukcesem. Jest jeszcze daleko, żeby kamień spadł mi z serca, za dużo tego pełnego smutku szlamu zdążyło się odłożyć, dlatego taką jaskółkę jak samodzielne prowadzenie Polaków po trzech rundach DMŚ bez strat punktowych, przed Chinami, Rosją i Ukrainą witam szczególnie ciepło. Sprawy mają się świetnie jak na razie, jestem wielce rad i rozradowan z takiego obrotu sprawy.


Polki są po ciężkich meczach z Azerbejdżanem, Gruzją i U.S.A. Jeszcze nie przegrały, a grają też bardzo ładnie. Są bojowe, oddane sobie, każda pamięta o każdej podczas meczu, to prawdziwy, z krwi i kości zespół. Polki toczą heroiczne walki i mam zawsze wielki dylemat czemu poświęcić największą uwagę. Polacy zaciekawili mnie swoją postawą, której kompletnie się nie spodziewałem, chcę żeby im się wreszcie udało, żeby się przełamali, odblokowali, zwłaszcza na tych najsilniejszych rywalach. Mecze Polek są z kolei jak najlepsze książki Agaty Christie, gdzie do samego końca lektury dreszcze przechodzą po całym ciele. Ale to jest bardzo pozytywny ból głowy! Ból nadmiaru. Chcę, żeby jak najdłużej mnie w ten sposób głowa bolała – od nadmiaru ciekawych zdarzeń z oboma polskimi zespołami w roli głównej. Punkt dwunasta ruszamy!! Kibicujemy Biało-Czerwonym drużynom!!

14 czerwca 2017
by krzysztofjopek
0 comments

W co grają Rosjanie przed Drużynowymi Mistrzostwami Świata?

Właściwie odliczamy nie dni, a godziny, do rozpoczęcia Drużynowych Mistrzostw Świata, których gospodarzem będzie położony w zachodniej Syberii Chanty-Mansyjsk, miasto, uznawane za mekkę szachów światowych. Wedle portalu http://www.chess-news.ru/node/23298, Rosjanie w ostatniej chwili dokonali znaczącej zmiany w składzie męskiej reprezentacji, której przypadnie rola gospodarza tych zawodów. Okazuje się, że w ostatniej chwili do składu sbornej dołączyli M. Matlakov – aktualny Mistrz Europy oraz prezentowany przeze mnie w ostatnim artykule Wladimir Fedoseev. Od gry odsunięci zostali, prezentujący się ostatnimi czasy mniej okazale, D. Jakowienko i E. Inarkiev.

DMŚ to de facto drużynowy turniej kołowy, gdzie składy (przynajmniej w teorii) powinny być znane od pewnego czasu (zdaje się trzech miesięcy). Rosjanie wciągając „za pięć dwunasta” do składu nowych napastników w dość oczywisty sposób naruszają pewną umowną równowagę przygotowań wszystkich uczestników. Na stronie mistrzostw nie ma żadnej informacji dotyczącej reguł zgłaszania zawodników do tego turnieju, natomiast na stronie FIDE jest dość jasno wyłożone, że Rosjanie nie mieli prawa tak postąpić : http://chess.ugramegasport.ru/regulations-for-the-fide-world-team-championship/ . Dlaczego więc wszyscy udają, że nic się nie stało? Gdzie teraz leży symetria gwarantująca ten sam czas przygotowań dla wszystkich zespołów? Co z czasem poświęconym na zawodników, którzy do Chanty-Mansyjska ostatecznie nie przyjadą? Takie historie jak widać tylko w naszym sporcie. Znając specyfikę naszej dyscypliny nie jestem specjalnie zaskoczony takim, nieoczekiwanym zwrotem akcji.

Do turnieju odliczamy godziny i jest to moment odpowiedni, aby zastanowić się nad szansami naszej reprezentacji w konfrontacji zarówno z bardzo silnymi teamami, takimi jak Rosja, Chiny, Ukraina jak i tymi teoretycznie słabszymi (Norwegia, Turcja, Białoruś). Mawia się, że pesymista to dobrze poinformowany optymista. Źródeł mojego, wcale nie zamierzonego pesymizmu, należałoby upatrywać w komplecie danych, które otrzymaliśmy po występach naszych kadrowiczów. Na pewno na plus możemy poczytywać fakt, że Polacy przed DMŚ rzucili się w wir zmagań, a z tym przed ważnymi turniejami bywało różnie. Mój pogląd dotyczący wyboru pomiędzy zawodnikiem nieogranym, będącym dużą niewiadomą, a szachistą, grającym ze zmiennym szczęściem ale aktywnym tuż przed ważnymi turniejami jest raczej jasny. Będąc trenerem, zaprosiłbym do do zespołu zawodnika aktywnego. W tym momencie nie musimy rozstrzygać podobnego dylematu z dwóch powodów: 1) Skład reprezentacji od dawna jest znany 2) nasi kadrowicze przed DMŚ byli bardzo widoczni.

Dlaczego, ktoś zechce zapytać, uczepiłeś się jak rzep do psiego ogona do tej męskiej reprezentacji, skoro w Rosji zagrają też panie – srebrne medalistki olimpijskie?! No… właśnie dlatego! Polki, dostarczyły mi tylu fantastycznych wrażeń, zdobywając po kapitalnie zagranym turnieju srebrny medal olimpijski, że jeszcze teraz uśmiecham się do swoich myśli, wspomnień, związanych z tym sukcesem wszech czasów. Polki po prostu mnie zauroczyły i trwam w tym stanie od ubiegłej jesieni. Nasze sreberka w paradoksalny sposób uwolniły mnie od siebie za sprawą medalowego deszczu.

Może dlatego tak obsesyjnie trzymam się męskiej drużyny, ponieważ i tutaj oczekuję na podobne uwolnienie, które równa się analogicznemu, wielkiemu sukcesowi. Ta drużyna jeszcze tego mi nie dała. Bardzo bym pragnął cieszyć się z tym zespołem tak jak cieszyłem się sukcesem naszych sreberek! Polacy to bezsprzecznie team z dużym potencjałem, jednak ten potencjał jeszcze się nie zrealizował. Czy w Chanty-Mansyjsku zobaczymy wreszcie przełamanie? Niestety, jestem bardzo sceptycznie nastawiony. Nie jestem w stanie dać wiary, że właśnie teraz ujrzymy jakąś niekontrolowaną erupcję formy całej drużyny.

Wojtaszek – sądzę, że nie zawiedzie, tzn. nie oczekuję z jego strony worka punktów, jednak jestem przekonany, że zrobi dla Polski dobrą robotę. Janek Duda – zabójczo kreatywny, ma jeszcze duży zapas aby się rozwijać, wciąż jest głodny gry. Wynikiem na IME w Mińsku pokazał, że moc i szczęście jest z nim (o ostatniej rundzie z Howellem wspaniałomyślnie zapomniałem ;) ). Janek nie zawiedzie.

No i tutaj zaczynają się schody, czy jak kto woli ciemny las. Kacper Piorun jest niestabilny niczym sytuacja na Półwyspie Koreańskim. Nie specjalnie mam ochotę aby oglądać jego spektakularne wygrane z najlepszymi (do czego jest zdolny), przeplatane skandalicznymi podstawkami w innych pojedynkach, niestety, taką huśtawką formy ostatnio nas uraczył. Mateusz Bartel – zwyczajnie boję się jego występu. Bartel ma bardzo duży wpływ na drużynę, on, odnoszę takie wrażenie, chyba nie do końca uświadamia sobie jak wiele od niego zależy. Jak jego forma, a tym samym nastrój, wpływają na resztę zespołu. Liczę, że w tak krótkim czasie odnajdzie się, zbierze się w sobie na ten turniej.

O Grzegorzu Gajewskim w sumie wiem najmniej, choć jego gra w lidze francuskiej nie była przekonująca jak dla mnie.

Nasi rywale. Rosja, a żeby się liczyć w grze, musimy się na niej przełamać, będzie potwornie trudnym rywalem. Chińczycy są zdecydowanie poza naszym zasięgiem. Ukraina choć nie przyjeżdża w pierwszym garniturze jest bardzo mocna, poza tym ten zespół ma do nas rękę. Jaki mają potencjał wystarczy spojrzeć na dwie ostatnie deski Ukrainy – Areshchenkę i Kravtsiva, którzy w Mińsku zajęli odpowiednio 11 i 12 miejsce. 

Trzeba ogrywać „dół” bez potknięcia, trzeba bez kompleksów bić się z najlepszymi, ale czy nasza drużyna jest do tego zdolna? Czy taki scenariusz zobaczymy w Chanty-Mansyjsku? Nie wierzę piosence jak śpiewała kiedyś Edyta Geppert.

A więc Rosjanie dokonują nieoczekiwanej zamiany miejsc na chwilę przed turniejem. Skoro zmieniają, widać nic im nie grozi. Bo kto na to patrzy, gdzie są protesty, gdzie jest FIDE, które powinno z automatu zareagować itd? Gdyby nasz sport nie zatrącał o egzotykę, Rosja nie powinna być dopuszczona do gry. Zgłaszamy akces do rodziny olimpijskiej, tymczasem te i inne kurioza, których w naszym sporcie imię brzmi legion, powodują, że jeszcze przez wiele lat pozostaniemy na uboczu głównego nurtu światowego sportu. Czekamy więc na te szlagierowo zapowiadające się DMŚ!

12 czerwca 2017
by krzysztofjopek
0 comments

Refleksje po Indywidualnych Mistrzostwach Europy w Mińsku!

Moim pierwotnym pomysłem w związku z wpisem, którym zamierzałem podsumować IME w Mińsku, było zestawienie, może trochę na zasadzie kontrastu, dobrej gry (ktoś powie szczęśliwej i oczywiście będzie miał rację) Janka Dudy z mierną postawą reszty polskich reprezentantów. Wszystko szło po mojej myśli aż do pojedynków rundy ostatniej, w której Janek Duda, znajdując się tuż za podium, miał możliwość rozegrania normalnej partii z Howellem z Anglii o medal ME, jednak do normalnej gry nie doszło. Zanim zastanowimy się, co tak naprawdę Janek kalkulował, proponując remis bez gry, musimy skonstatować, że z czysto sportowego punktu widzenia pojedynek nie odbył się – przeciwnicy zgodzili się na nierozegraną. Nierozegraną, nie remis. Słowem remis w tym wypadku sam remis, rozumiany jako wynik nierozstrzygnięty ale po normalnej grze z pewnością poczułby się mocno dotknięty, urażony (słowo ostatnio dość popularne na mojej stronie). Swoją drogą tylko szachy dysponują pojęciem nierozegrana, które pierwotnie w starych podręcznikach oznaczało 1/2 bez jakichś pejoratywnych konotacji. Ostatnio jednak widząc podobne partie zaprzągłem na własny użytek to słowo wyznaczając mu mniej chlubne zadania. W innych sportach to może w piłce nożnej – spadająca drużyna oddająca punkty bez walki zespołowi, który walczy o puchary – to jako pierwsze nasunęło mi się na myśl, nie wiem co można by tu jeszcze wynaleźć? Ale szachy są specyficzne jednak – zawodnicy wychodzą, nie grają i dostają za to tyle samo ile inni, którzy muszą się na identyczny wynik napracować. Wiem, wiem, pamiętam moje wypowiedzi o krótkim remisie na Islandii Eljanowa i co wtedy mówiłem. Wtedy Eljanow miał tym krótkim remisem zapewnioną wygraną itd. Tutaj Janek Duda również kalkulował, kalkulować musiał. Co zyskiwał na tym remisie bez ryzyka, co tracił? Tracił rzecz ważną, nawet bardzo ważną – odebrał sobie szansę walki o medal ME i to w jakimś stopniu jest zgrzytem. Ale my widzowie z boku możemy sobie krytykować do woli, ale ta krytyka jest o tyle nieuprawniona, że to nie my znajdowaliśmy się w tej konkretnej sytuacji. Kalkulacja Janka była, zdaje się, dalekosiężna: „Przegrywam? Możliwe, że wypadam z PŚ, tracę kasę tu w Mińsku i tą przyszłą na Pucharze Świata, wypadam też z 2700 elo, na który to rank tak długo pracowałem. Mam czarne, wypuszczę się, a jestem do tego zdolny i pozamiatane”. Howell też wskoczył na 2700 elo i też prawdopodobnie myślał bardzo podobnie. Stąd ten wynik, który może był mało sportowy jednak racjonalny do bólu.

Janek Duda jest, bez dyskusji, największym, zrealizowanym talentem polskich szachów ostatnich dekad. Jest też jednym z najbardziej utalentowanych juniorów świata – według mnie ma papiery na granie w elicie – pierwszej dwudziestce na bank, a kto wie czy nie wyżej, zaryzykuję – w pierwszej dziesiątce świata. Sądzę, że w związku z jego fantastyczną karierą czeka nas jeszcze mnóstwo radości, dlatego wiele mu jestem w stanie wybaczyć. Jednak jeśli zamierzamy dyskutować zestawiając, to warto zwrócić uwagę na postawę 22 letniego Fedoseeva z Rosji, który po fenomenalnym finiszu (5 z 5 pkt.!!) zdołał zapewnić sobie podium ME, a konkretnie brązowy medal. Na Fedoseeva zwracałem już uwagę po przeczytaniu jednego z wywiadów z nim, zdaje się na serwisie http://www.chess-news.ru/. To nad podziw rozwinięty, inteligentny młody człowiek z wyraźnie ukształtowanymi poglądami na sport, życie itd. Sądzę, że jeszcze usłyszymy o nim wiele interesujących historii.

Reszta polskiej, bardzo licznej ekipy w Mińsku – cóż tu się wiele rozwodzić. Jeden Polak, (oprócz Janka Dudy) załapał się na drugą połowę pierwszej setki, pozostali po prostu w tym turnieju statystowali. Straszna mizeria trawi nasz sport – w rywalizacji międzynarodowej, niestety, nie nawiązujemy z przeciwnikami walki na równych prawach. Oczywiście, zdarzają się wyjątki, piszę teraz w ujęciu ogólnym. A przyszłość, szczególnie ta dalsza, nie mieni się z oddali feerią jasnych barw. Z latami, gdy to pokolenie prawem biologii zacznie jeszcze bardziej odstawać i dojdą do głosu aktualnie najlepsi w tym kraju juniorzy to i tak będziemy świadkami kolejnego obniżenia poziomu o jedną klasę co najmniej. Czasy wielkiej smuty będą, nie widzę wielkich szans abyśmy się z tego jakimś sposobem wywinęli.

W poprzednim artykule napisałem też o braku szacunku szachistów względem kibiców, którzy zarywali dniówki przed ekranami komputerów śledząc poczynania Polaków w Mińsku, za co otrzymali tak niskokaloryczną strawę. Wedle mojej wiedzy część graczy poczuła się tymi słowami urażona. Niektórzy szachiści poczuli się urażeni moimi słowami, ja natomiast, bardzo mi przykro, ale tak ten start odebrałem – jako brak szacunku dla kibica. Dla mnie synonimem szacunku dla odbiorcy jest trzymanie pewnego poziomu i w tym miejscu, wygląda na to, że rozmijamy się. Szanse są niewielkie, abym zaakceptował próbę ponownego zdefiniowania przez kogoś na mój użytek pojęcia „brak szacunku”. Niestety, mamy takie czasy, że zewsząd czynione są wysiłki aby sprowadzić jednostkę tam, gdzie ta niekoniecznie chce się znaleźć. Kwestia braku szacunku dla odbiorcy jest u mnie mocno związana z poziomem, który jest prezentowany, a to ma miejsce w przeróżnych dziedzinach życia. Na przykład dla mnie, jako wielkiego fana dwudziestolecia międzywojennego totalny gniot Hoffmana „1920 Bitwa Warszawska” odczułem jak strzał na odlew w pysk. Gdy słucham kompletnie zidiociałych polityków czuję podobnie, albo gdy przypadkiem nie mam szans by nie obejrzeć któregoś z polskich seriali. W sporcie taki brak komfortu czuję oglądając polską ligę piłkarską (chodzi o poziom gry!), wreszcie w szachach taką postawę Polaków jak w Mińsku odebrałem podobnie i nic na to nie poradzę. Nie piszę też w próżni. To co piszę, jest w znacznej mierze wypadkową wielu moich prywatnych rozmów z kibicami szachów, którzy myślą podobnie. Mnie jest ciężko dotknąć – zasadniczo od wszelkich uraz jestem dość daleki. Zdecydowanie wolałbym usłyszeć zwyczajne staropolskie „wypierdalaj” a zobaczyć grę, niż w grzeczniutkiej, pseudo-przyjacielskiej jak się okazuje atmosferze oglądać takie dno.

To co tam przed nami w najbliższych dniach? Gdzie się znajduje następna stacja tej drogi krzyżowej ;) ? Acha! DMŚ w Chanty – Mansyjsku! No tak, wygląda na to, że do grania nadają się: Wojtaszek i Duda. Na resztę polskich desek na ten moment nie postawiłbym złamanej drachmy. W Chanty-Mansyjsku według wszelkich twardych danych (te w sporcie bywają złudne i tu nadzieja!) czeka nas kontynuacja kibicowskich cierpień. Myślę, że odrobina radości spotka nas dopiero podczas występu Radka Wojtaszka w Dortmundzie.


Podium w Mińsku opanowali Rosjanie, których przedzielił wciąż tryskający humorem i młodzieńczą energią, niezniszczalny Baadur Jobava!! Nie będę ukrywał, że bardzo się ucieszyłem, widząc tego sympatycznego zawodnika na podium!

6 czerwca 2017
by krzysztofjopek
0 comments

Mińska lekcja!

Zapewne część z was domyśla się dlaczego nie rzuciłem się do komentowania kompromitującego występu Polaków na Indywidualnych Mistrzostwach Europy, które od tygodnia trwają w Mińsku. Odpowiedź na tę zagadkę może dla jednych być zaskakująca, dla innych po prostu oczywista. Najzwyczajniej w świecie rzecz rozbija się o to, że tutaj nie ma co komentować i to jest jedna przyczyna, drugą jest deficyt tendencji masochistycznych w strukturze mojej osobowości. Ja i tak z naszymi nacierpiałem się aż nadto, radości było zdecydowanie mniej, teraz już, widząc taką, a nie inną postawę Polaków, nie jestem w stanie mentalnie w ten koszmar zanurkować. Po prostu nie. I już. Zawodnicy nie mają dla kibiców krzty szacunku, powiedzcie mi, dlaczego mam rewanżować się pełną uwagą, zaangażowaniem, pasją?

 Dwa dni temu byłem w Krakowie, pozachwycać się tym, czego moje miasto nie potrafi mi zaoferować, wczoraj odpoczywałem, dziś zorganizowałem eskapadę w Beskidy, wraz z wejściem w pełnym słońcu na Równicę. Teraz padam ze zmęczenia, ale zdrowego zmęczenia- nie takiej utraty sił jaka zwykle ma miejsce po kilkugodzinnej transmisji z ważnego z punktu widzenia kibica turnieju szachowego. Nawet przez myśl mi nie przeszło, by siedzieć całymi godzinami przed laptopem, katując się tym groteskowym występem Polaków w białoruskiej stolicy. Widziałem już wiele, ale czegoś tak rozkładającego na łopatki? Doprawdy, trudzę się mocno, grzebiąc w mojej mocno już nadwątlonej pamięci ale nie znajduję. Nie. Nie przypominam sobie takiego startu. Jeden Polak w setce po sześciu rundach!! Reszta miejsca dalsze, nawet okolice końca trzeciej setki! Ot, przyjechała sobie wycieczka z Polski…

Akurat przedwczoraj płynąłem też statkiem wycieczkowym po Wiśle. Pogoda wypisz, wymaluj, lekki wiaterek wiejący od lądu, niebo mocno błękitne. W sumie była to scenka mocno przypominająca słynny „Rejs” Marka Piwowskiego. Tam w pewnym momencie siedzą obok siebie dwie legendy – nieodżałowany Jan Himilsbach oraz Zdzisław Maklakiewicz (inż. Mamoń). Atmosfera jest sielska, czas jakby zwolnił. Nagle inż. Mamoń odpowiada swojemu rozmówcy, a temat dotyczy nędzy rodzimej kinematografii (czyt. szachów): „W ogóle brak akcji jest! Nic się nie dzieje! Proszę pana, aż dziw bierze, że się nie wzorują na zagranicznych!… „Patrzę, patrzę na to proszę pana, aż mi się chcę wyjść z kina. I wychodzę” Itd. Ta scena najlepiej oddaje mój nastrój, związany z występem Polaków w  Mińsku.

Ciekawe jednak, co się wydarzy na drużynówce w Chanty-Mansyjsku. Wszystko wskazuje na kolejne studium upadku, zważywszy choćby na fakt najnowszy – mianowicie dowiedzieliśmy co w Mińśku prezentuje Mateusz Bartel. Jeśli zbierzemy wszystko razem do kupy, okazuje się, że nie będzie komu tam grać, walczyć, robić wynik. Jakoś jestem do tego wszystkiego na tyle zdystansowany, że szanse są niewielkie, aby mnie to dotknęło, cokolwiek się nie stanie. Tymczasem jeszcze kilka rund w Mińsku. Mam nadzieję, że nie siedzicie, gapiąc się jak gapa w gnat na transmisję? Ja sprawdzam tylko wyniki i retrospektywnie oglądam partie. A i tego jest za wiele. Szkoda dni i tej pięknej pogody…